Search Results

Znaleziono 27 wyniku dla ""

    Posty na blogu (20)
    • Taco z chili sin carne

      Od dłuższego czasu, rozważam opcje umieszczania na blogu przepisów kulinarnych, zarówno tych, które przywozimy z podróży, jak i tych, znalezionych na różnych blogach. Mam nadzieję, że pomysł się Wam spodoba. Podany niżej przepis powstał z kilku innych wcześniej wypróbowanych przeze mnie. W tej nowej kombinacji pozamieniałam nieco proporcje i składniki, aby uzyskać moim zdaniem lepszy smak. Składniki do chili (na dwie osoby na dwa dni) 2 marchewki 1 czerwona papryka 2-4 gałązki selera naciowego 1 cebula 4 ząbki czosnku 1 papryczka chili 1 puszka czerwonej fasoli lub miksu różnych fasoli 1/2 puszki kukurydzy 1 puszka pomidorów * Wybierając puszki zwróćcie uwagę na skład, decydujcie się na takie w których jest tylko dany produkt, woda i sól, bez dodatków cukru itp. 2 łyżeczki kolendry w proszku 1 łyżeczka kminu rzymskiego 1/2 łyżeczki cynamonu 1 łyżeczka papryki wędzonej 1 łyżeczka papryki słodkiej 2 łyżeczki miodu lub 1 łyżeczka cukru trzcinowego lub innego zamiennika 1 limonka Świeża kolendra 2 łyżki oliwy z oliwek Sól i pieprz do smaku Ser żółty kilka plastrów lub kilka łyżek startego na tarce * Dla smaku oraz ewentualnego złagodzenia pikantności potrawy dodaję kapustę kiszona lub łyżeczkę jogurtu greckiego. * Jako dodatek można wykorzystać czerwoną paprykę zamarynowaną w soku z limonki z solą lub salsę pomidorową czy guacamole. Rozgrzej oliwę na patelni i wrzuć na nią posiekaną w kostkę cebulę, podsmaż do momentu zeszklenia. Dodaj suche przyprawy i podsmaż kolejną minutkę, aż przyprawy uwolnią zapach. Następnie wrzuć na patelnię pokrojoną w kostkę marchewkę z selerem naciowym, podsmaż około 5-7 minut. Dodaj posiekany czosnek i chili. Smaż przez 2 minuty. Dodaj pokrojoną w kostkę paprykę i kontynuuj smażenie przez kolejne 3 minuty. Pora na dodanie pomidorów w puszce. Następnie przepłucz fasolę i kukurydzę i dodaj do reszty, duś przez 10 min. Dopraw solą i pieprzem. * Możesz również podawać z ryżem lub tortillą. Wcześniej skrop limonką i posyp świeżą kolendrą. Składniki na tacos (15 porcji): 300 gram mąki kukurydzianej 1 łyżka oliwy 1 łyżeczka soli 150 ml gorącej wody Wymieszaj mąkę i sól w dużej misce, dodaj oliwę i wodę, mieszając ciasto widelcem. Wyrabiaj ciasto kilka minut. Uformuj z niego małe kulki, mieszczące się w dłoni, a następnie je spłaszcz. Następnie wałkuj, aż będą cienkie. Placki wrzucasz na suchą, rozgrzaną patelnię i podgrzewasz przez 2-3 minuty. Ciasto nie jest bardzo elastyczne. Uważaj, żeby ich nie połamać! Następnie na każdy placek nałóż łyżkę chili, plaster lub łyżeczkę tartego żółtego sera (jakiego lubisz), posyp świeżą kolendrą. Gotowe Taco kładziesz na folii aluminiowej i wkładasz do nagrzanego (200-220 stopni) piekarnika na opcji grill, do momentu stopienia sera. Taco można podawać z wyżej wymienionymi składnikami: kapustą kiszoną, śmietaną, guacamole lub salsą. Smacznego! Smacznego!

    • City Break- Edynburg i jego mroczne strony

      Ostatnie czasy nauczyły mnie, że nie warto za dużo planować, w szczególności, jeśli chodzi o podróże. Dlatego też, kiedy nadarzyła się okazja wyjazdu, mimo niedawnej choroby, postanowiliśmy z tego skorzystać. Edynburg już od dłuższego czasu był na naszej liście miejsc do odwiedzenia i nareszcie się nam udało zobaczyć to magiczne miejsce. Edynburg położony jest w Szkocji, u wybrzeży zatoki Forth (Firth of Forth) na Morzu Północnym. Od 600 lat pełni funkcję stolicy, a od XVI wieku jest również siedzibą szkockich królów. Mieliśmy tylko dwa dni, żeby zobaczyć miasto i spotkać naszych znajomych, których poznaliśmy w Ameryce Południowej. Do Edynburga przylecieliśmy rano i prosto z lotniska autobusem pojechaliśmy do centrum. Z przystanku udaliśmy się na Calton Hill. Jest to jedno z dwóch wzgórz, z których można podziwiać panoramę Edynburga oraz zatokę Forth. Ma tylko 103 m n.p.m. i można tam dojść asfaltową ścieżką. Jedną z jego nazw można przetłumaczyć jako miejsce zagajników. W przeszłości były na nim organizowane turnieje rycerskie oraz zawody sportowe. To miejsce jest bardzo popularne zarówno wśród lokalnej ludności jak i turystów i trzeba mu przyznać, że jest bardzo fotogeniczne. Znajduje się tam wiele ciekawych budowli w tym National Monument – inaczej nazywany Hańbą Edynburga. To pomnik poświęcony żołnierzom i marynarzom poległym w czasie wojen napoleońskich. Budowla wzorowana jest na świątyniach greckich i w zamierzeniu miała być większa. Niestety nigdy nie została ukończona, ponieważ zabrakło funduszy. I właśnie z tego względu nazywana jest Hańba Edynburga. Kolejnymi interesującymi obiektami są: Miejskie obserwatorium astronomiczne, założone w 1776 roku (obecnie pełni funkcję galerii sztuki) oraz monument przypominający latarnię morską, który upamiętnia śmierć admirała Nelsona w bitwie pod Trafalgarem. Mierzy 32 metry, a na jego szczycie znajduje się taras widokowy. Nie mogę także nie wspomnieć o tym najbardziej popularnym i chyba najczęściej fotografowanym zabytku, czyli pomniku Daugalda Stewarta – szkockiego filozofa. Będący obecnie symbolem Edynburga. Widok ze wzgórza na miasto jest naprawdę zachwycający, przechodząc nieco dalej, można podziwiać również panoramę na Firth of Forth. Kiedy tam dotarliśmy nad zatoką roztaczała się piękna tęcza, całkiem dobry początek dnia. Prosto ze wzgórza, mijając po drodze stary, klimatyczny cmentarz – Old Calton Burian Ground udaliśmy się w stronę Pałacu Holyrood. Jest on siedzibą monarchów brytyjskich wówczas, gdy odwiedzają Edynburg (raz do roku, przez tydzień, przebywa w nim Królowa Elżbieta II). Pełni tę funkcję nieprzerwanie od XVI wieku, a jego nazwa pochodzi od Holy Rood, czyli relikwii Świętego Krzyża, na którym zmarł Jezus. Ciekawostka dla fanów mojego ukochanego filmu Braveheart – w Pałacu przebywał Robert Bruce. Wnętrza udostępnione dla zwiedzających, stanowią tylko małym wycinkiem całości. Ściany zdobią włoskie malowidła wiszące tam od XVI wieku. Podziwiać można wiele posągów, ozdobnych gobelinów, arrasów oraz starych mebli. Dostępne są również apartamenty rządowe (przebywają w nich goście podczas oficjalnych wizyt), oraz sypialnia Marii Stuart, królowej Szkotów. Pałac otoczony jest pięknie utrzymanym parkiem, w którym znajdują się ruiny opactwa Holyrood. Jeśli macie więcej czasu i oczywiście chęci możecie również odwiedzić królewską Galerię Sztuki z czasowymi wystawami. Nad Pałacem góruje Tron Artura (wzniesienie 251 m n.p.m.), to właśnie z niego, sam król Artur obserwował klęskę swoich oddziałów w bitwie z Piktami. W tym miejscu zostały też odnalezione ślady bytności człowieka z przed 8500 r p.n.e. My udaliśmy się na to piękne wzgórze, dopiero na drugi dzień, ale jak nie macie innych planów można to zrobić w tym samym dniu. Zajęło nam to około dwóch godzin. Naprzeciwko Pałacu znajduje się dekonstruktywistyczny budynek Szkockiego Parlamentu, który jest udostępniony dla zwiedzających. Po spacerze na około Holyrood, udaliśmy się w górę, wzdłuż Królewskiej Mili (The Royal Mile). Ulica stanowi centrum turystyczne miasta i to przy niej zlokalizowanych jest wiele atrakcji. My odwiedziliśmy miasto, w czasie kiedy turystów prawie tam nie było i dużo miejsc było zamkniętych. Sklepy oferujące produkty z wełny i tartanu świeciły pustkami, nie licząc sprzedawców. A czym jest tartan? To materiał wytwarzany z owczej wełny, posiadający kraciasty wzór, wykorzystywany przy produkcji kiltu, czyli męskiej spódnicy, tak popularnej wśród szkotów od XVI wieku. Aby stworzyć kilt na specjalne okazje, potrzebne jest aż 7,5 m tartanu. Niektóre klany mają swoje rodzinne wzory. Jednym z największych sklepów jest Tartan Wearing Mill and Experience, zlokalizowany w budynku przędzalni tej tkaniny, która działa do dziś. Jeśli lubicie whisky, to chyba warto odwiedzić The Scotch Whisky Experience, gdzie możecie dowiedzieć się jak wygląda proces produkcji oraz dokonać degustacji różnych rodzajów tego alkoholu. Nie należy to do najtańszych doświadczeń (ceny zaczynają się od ok. 15/20 funtów). Równie dobrze możecie się udać do wielu barów, gdzie większość barmanów poleci wam dobry trunek i jeszcze wytłumaczy wam różnice pomiędzy nimi. Kolejnym miejscem, chętnie odwiedzanym przez turystów jest Camera Obscura and World of Illusions. Znajduje się tam sala luster, pokój z pełnym spektrum świateł, wirujący tunel. Warto udać się na dach budynku i obejrzeć panoramę miasta przez camera obscura, czyli wiktoriański teleskop. Niektóre kamienice, zlokalizowane w mieście zostały przekształcone w muzea. Pochodzą z XVII wieku, a ich wnętrza zdobią ówczesne meble oraz sprzęty. Dla fanów Harrego Pottera, szczególnie polecam wizytę w trzech lokalizacjach. Są to: szkoła George’a Heriota z 1628 roku, stanowiąca pierwowzór Hogwartu; cmentarz Greyfriars gdzie można odnaleźć grób Thomasa Riddela, (jego nazwisko posłużyło jednemu z bohaterów sagi) oraz The Elephant House, to właśnie tam J.K.Rowling pisała opowieśc o młodym czarodzieju. Najważniejszym punktem znajdującym się na końcu Królewskiej Mili jest Edinburgh Castle. Wznosi się on na szczycie skały zamkowej Castlehill, która tak na prawdę jest wygasłem wulkanem. Ślady osadnictwa pochodzą tu z późnej epoki brązu, stanowiąc tym samym najdłużej i nieprzerwanie zamieszkane miejsce na Wyspach Brytyjskich. Chętnie odwiedzana przez turystów budowla to największy zamek w Szkocji, pełniący od XII wieku siedzibę królów. Twierdza była oblegana aż 26 razy. W Pałacu Królewskim znajduje się Kamień Przeznaczenia (kamień koronacyjny) i stanowi symbol szkockiej monarchii. Jak mówi legenda, służył on biblijnemu Jakubowi jako poduszka, kiedy śnił o drabinie do nieba. Przed zamkiem znajduje się plac, który łączy go z Królewską Milą. Trzeba napomnieć, że Stare Miasto w Edynburgu leży na kilku poziomach, ponieważ w przeszłości z braku miejsca nadbudowywano kamienice lub budowano je w dół po zboczu. Tym sposobem niektóre budynki sięgają 39 metrów. Niestety nie było to nazbyt bezpieczne i część z nich grzebała swoich mieszkańców. W przeszłości ludzie z biedniejszych sfer żyli w piwnicach, utworzonych z chaotycznych zaułków (pod ziemią były nawet sklepy), a dostać się tam można było poprzez wydrążone w zboczach korytarze. W podziemiach miasta organizowanych jest wiele „wycieczek z duchami”, które opowiadają o dawnych i niechlubnych czasach miasta. Życie tam musiało być ciężkie, ciągła wilgoć, brak światła i wody. W XVII wieku, kiedy w mieście wybuchła epidemia dżumy, to właśnie najniższe, podziemne partie stanowiły jej wylęgarnię. Dlatego też zarządzono kwarantannę, a „najlogiczniejszym” posunięciem było zamurowanie podziemnych korytarzy wraz z zamieszkującymi podziemia ludźmi, tym sposobem zginęło kilkaset osób. Kolejna ponura historia opowiada o Williamie Burkeu i Williamie Hare, którzy żyli w XIX. Wówczas medycyna w Edynburgu dość szybko się rozwijała, a w szkołach medycznych brakowało modeli, czyli świeżych zwłok. Mężczyźni postanowili zając się tym dla zysku i stali się hienami cmentarnymi, które rabowały nowo pojawiające się groby. Niestety popyt był zbyt wysoki. W związku z tym na przełomie 1827/1828 popełnili 16 morderstw (zabijali bezdomnych, biednych oraz samotne kobiety). Burke został powieszony, a Hare uniewinniony. Jedną z ulic, wartą zobaczenia jest Victoria Street. To urokliwa uliczka z kamienicami z XIX wieku, których fasady są pomalowane na różne kolory. Usytuowanych jest tam wiele ciekawych sklepów i kawiarni, a na samym dole umiejscowiony jest Grassmarket. W przeszłości handlowano tam bydłem i dokonywano licznych egzekucji liczne egzekucje. Do tej pory można wypić tu „ostatniego drinka” w The Last Drop, tak jak kiedyś skazańcy tuż przed straceniem. W Edynburgu możemy znaleźć pomnik, który stanowi polski akcent – mianowicie Niedźwiedzia Wojtka. Tego samego, który należał do pułku generała Andersa i po wojnie stał się mieszkańcem Edynburskiego Zoo. Dzień zakończyliśmy na bardzo dobrym posiłku. Obydwoje uwielbiamy jedzenie indyjskie i nasz wybór padł na TUK TUK, gdzie dania podawane są w postaci tapasów, ale indyjskich. Miejsce nie jest może ładne (wystrój oprócz plakatów z kina Bollywood nie ma nic wspólnego z Indiami), ale jak sala zaczęła się zapełniać ludźmi, zrobiło się całkiem przyjemnie. Jedzenie było smaczne, wzięliśmy sześć różnych dań, aby móc spróbować wszystkiego po trochu, wybraliśmy same wegetariańskie potrawy. Był tam też duży wybór tapasów mięsnych oraz rybnych. Miejsce warte odwiedzenia, ceny przystępne. Nie mają licencji na alkohol, ale można przynieść swój własny. Kolejny dzień zaczęliśmy od zobaczenia Dean Village, uroczego zaułka Edynburga. Miejsce to było niegdyś osobną wioską, która na początku XIX wieku została częścią miasta. Przez ponad 800 lat stanowiła centrum młynarstwa, a w średniowieczu na krótkim odcinku rzeki Leith działało aż 11 młynów. Dziś możemy podziwiać jedynie mały zachowany wycinek wsi z XVII- wiecznymi kamienicami oraz cmentarzem. Brzegiem rzeki poprowadzona jest ścieżka, którą możemy dojść do kolejnej dzielnicy – Stockbridge. Przyjemne trasa, jeśli chcemy odpocząć od zgiełku miasta. W Edynburgu jest wiele różnego rodzaju muzeów, galerii oraz kościołów, więc jeśli jesteście fanami takich atrakcji, jest w czym wybierać. My osobiście lubimy się po prostu „szwendać po mieście”, odwiedzając kilka wartych ciekawych punktów. Z muzeów połasiłam się tylko na National Museum of Scotland, gdzie znajduje się wiele eksponatów z dziejów Szkocji. Chciałam je odwiedzić z innego powodu, a mianowicie zobaczyć jego wiktoriańską architekturę, aczkolwiek z zewnątrz przypomina bardziej sowiecki relikt. W środku zaś, nie mogłam oderwać wzroku od pięknego, wręcz ażurowego sklepienia. Na ostatnim piętrze, znajduje się taras widokowy. Po wyjściu z muzeum możecie przejść kawałek do bardzo ciekawego pomnika. Mianowicie to Greyfriars Bobby, który jest w Edynburgu bardzo popularny. Przedstawia on psa, skye teriera o imieniu Bobby. Po śmierci swojego „człowieka”, codziennie czuwał na jego grobie, a gdy odszedł pochowano go nieopodal. Przed samym powrotem skusiłam się i skorzystałam z dostępnej promocji. Kupiłam piękny, ciemnobeżowy koc w kratę z wełny owczej. Jest cieplutki i świetnie się sprawdza w zimne, jesienne wieczory. Miasto ma do zaoferowania również Edynburski Królewski Ogród Botaniczny założony już w 1670 roku (posiada w swoich zbiorach ponad 300 okazów) oraz edynburskie Zoo. Nas osobiście takie atrakcje nie interesują. Możecie także zobaczyć The Royal Yacht Britannia – okręt, który służył brytyjskiej rodzinie królewskiej. Nam Edynburg bardzo się spodobał, jest to urokliwe miasto, z mroczną przeszłością, które warto zobaczyć. A Wy jakie miasta polecacie na krótki City Break? Przy zwiedzaniu i tworzeniu posta, korzystałam z przewodnika Szkocja i Szetlandy Piotra Thiera wydawnictwa Helion

    • A może coś z innej bajki? Co zrobić jak dopada Cię chandra?

      Chciałabym być z Wami szczera, ale żeby to zrobić trzeba być szczerym z samym sobą, a ostatnio jakoś mi z tym nie po drodze. Już jakiś czas walczę sama ze sobą, aby wrócić do regularnych wpisów i mam milion wymówek, żeby tego nie robić. Najpierw razem z mężem zachorowaliśmy na Covid i jeśli sama choroba nie była dla mnie straszna (ot, silniejsze przeziębienie i ogólne zmęczenie), tak już regeneracja jest gorsza, bo od września nie mogę dojść do siebie. Cały czas czuję zmęczenie, dużo śpię, łapię zadyszki i ogólnie nic mi się nie chcę (jedyne co, z czego jestem zadowolona to powrót do regularnych ćwiczeń jogi oraz pilatesu). Zaraz po chorobie odwiedziliśmy Edynburg i znowu się przeziębiłam. Po dwóch tygodniach, pod wpływem impulsu polecieliśmy do Polski (na stałe mieszkamy w Belfaście w Irlandii Północnej), po powrocie znowu nie czułam się najlepiej. Dodatkowo przedłużyli nam lockdown, a to też nie wpłynęło pozytywnie na morale. I tak męczę się sama ze sobą od ponad dwóch miesięcy. Im mniej mam do zrobienia, tym mniej mi się chce. I jeszcze ta deprymująca niemożność planowania. Ja osobiście, muszę planować i marzyć, jak tego nie robię to popadam w marazm. Do tego dochodzi ograniczona ilość podróży, co niestety na naszą dwójkę nie wpływa pozytywnie. W tym roku udało się nam tylko wyjechać do Maroka, dwa razy do Polski i do Edynburga. A moje myśli wciąż szybują do „niezbadanych” przez nas miejsc. Już chciałabym szukać nowych biletów i czytać o dalekich lądach, których jeszcze nie widzieliśmy. Niby mogłabym na nieco dalszą przyszłość, ale po co mam się denerwować? Już dwa loty nam odwołano, więc postanowiłam, że do końca roku, nie kupuję żadnych nowych. W zamian za to wyszukuję książki motywujące i staram się organizować sobie czas. Jednak mam wrażenie, że od pewnego momentu żyję w zawieszeniu i czekam na lepsze jutro. Zamiast tak, jak sobie kiedyś obiecałam cieszyć się z tego co mam, doceniać każdą nawet najmniejszą rzecz i być tu i teraz. Jedyna mój zwyczaj, na którą nie muszę poświęcać dużo czasu, a pozytywnie wpływa na moje morale to praktyka wdzięczności. Staram się codziennie znaleźć choć kilka punktów, za które jestem wdzięczna i dziękować za nie. Gdybym była osobą wierzącą pewnie nazwałabym to modlitwą. Jak uzmysławiam sobie, że jest tego tak dużo, to od razu robi mi się cieplej na sercu. Mam wrażenie, że pierwszy lockdown minął mi łatwiej, świat budził się do życia po zimie. Mogliśmy częściej jeździć na rowerze, mieliśmy trochę pracy w ogrodzie, zbudowaliśmy szklarnię, odnowiliśmy łazienkę, zaczęłam prowadzenie bloga. Wtedy tematyka wpisów wydawała mi się w porządku, bo pewnie tak, jak większość osób myślałam, że świat szybciej wróci do normalności i znowu zaczniemy okrywać nieznane. Teraz, gdy popadłam w ogólne otępienie i kiedy za oknem ciągle pada deszcz, stwierdziłam, że po co mam cokolwiek pisać, skoro i tak w najbliższym czasie raczej nikt z tych postów nie skorzysta, planując nową wyprawę. Dlatego też, tym razem postanowiłam napisać tekst nieco inny, licząc po cichu na to, że być może komuś się spodoba. 😉 Znasz ten stan, kiedy siedzisz w fotelu, za oknem pada deszcz (nawet wyjście na zakupy wiąże się z wewnętrzną heroiczną walką) i nic ci się nie chce? Z racji tego, że mieszkamy na wyspach, taki stan rzeczy, jest dość częsty. Tym bardziej, że kiedy tutaj pada to pada z każdej strony, a parasole nie stanowią większej ochrony, bo tylko głowa pozostaje sucha, a czasem i nawet nie. Mam wrażenie, że przy silnym wietrze, pada nawet do góry. Kiedy tylko pojawia się słońce wróć, kiedy nie pada staram się zmobilizować Nas do spaceru lub do przejażdżki rowerowej. Po takim przewietrzeniu głowy człowiekowi od razu jest lepiej. Problemy są wywiane przez wiatr i jakoś tak raźniej robi się na duszy. Niestety są też takie dni, gdy nawet nie wychylamy nosa z domu, a gotuję z resztek jakie znajdę w lodówce i z warzyw w puszkach. Rozgrzewające warzywne curry lub makaron z sosem są zawsze dobre 😊. A jak najdzie nas ochota na coś słodkiego robię mascarpone z utartym żółtkiem i odrobiną miodu ze świeżymi owocami lub crumble według Jadłonomii. Niestety, spędzanie czasu w domu wiąże się z ciągłym myśleniem o jedzeniu. Robiąc śniadanie, myślę co zrobimy na obiad, a po obiedzie co można zjeść na kolację. I mimo moich ćwiczeń, waga nadal stoi w miejscu. Za to smaczne jedzenie zawsze poprawia nastrój. Co można zrobić, za oknem ponuro, by poprawić sobie humor? U mnie zawsze sprawdza się kubek gorącej herbaty z cytryną, imbirem i miodem. Cudownie rozgrzewa i pozytywnie nastraja. Możecie sobie przygotować na takie melancholijne wieczory awaryjny słoik gotowej mikstury do herbaty. Jest też świetnym sposobem na poprawę odporności oraz można go zastosować przy infekcjach górnych dróg oddechowych. Ma właściwości antybakteryjne, przeciwzapalne oraz przeciwwirusowe, no i dostarcza sporą dawkę witaminy C. Przygotowanie jest mega proste. Potrzebujesz 3 cytryny (najlepiej ekologiczne i nie woskowane, które trzeba sparzyć wrzątkiem), miód oraz kawałek imbiru (około 5 centymetrowy korzeń). Słoik dokładnie wyparzamy. Cytryny kroimy w plastry razem ze skórką, usuwamy pestki, imbir po obraniu ścieramy na tarce lub kroimy w plasterki. Na dno słoika wlewamy kilka łyżek miodu, 4-5. Na to kładziemy kilka plastrów cytryny 5-6 oraz 2 łyżeczki imbiru. I tak do skończenia składników lub wypełnienia słoika, po czym zalewamy do końca miodem. Zamykamy słoik i odstawimy w zimne miejsce na dwa dni. Ja stosuję profilaktycznie jedną łyżeczkę dziennie, ale często również dodaję plastry cytryny ze słoika razem z syropem do ciepłej, niegorącej herbaty. Podobno działa również na eliminację ciążowych mdłości. Jak już herbata jest gotowa, siadam w swoim fotelu, przykrywam się kocem i sięgam po dobrą lekturę. Kiedyś, kiedy jeszcze lubiłam gorące, długie kąpiele, był to dla mnie najlepszy mix: dobra książka, gorąca herbata lub kieliszek wina, wanna wypełniona po brzegi, uzupełniona pięknie pachnącym olejkiem, zapalone świece, ewentualnie zamiast książki, dobra muzyka w tle lub audiobook. Po kąpieli ulubiony naturalny balsam do ciała bądź olejek, a w twarz wtarty olejek z marchewki lub nasion malin oraz ulubione perfumy… i świat od razu wydaje się piękniejszy. Teraz zdecydowanie częściej wybieram szybki prysznic zamiast długiej kąpieli, ale raz na dwa miesiące, nadal zdarza mi się wygrzać w wannie. Odkąd staramy się żyć w duchu eco, zwracamy uwagę na takie rzeczy, jak choćby zużycie wody, naturalne kosmetyki czy prawie całkowite odstawienie mięsa. Po niedługim czasie człowiek się przyzwyczaja i nawet jak zrobię sobie kąpiel to nie umiem już tyle czasu w niej wytrzymać, więc marnowanie wody jest zbyteczne. Wracając do tematu książek, ostatnio przez wzgląd na masę wolnego czasu, przeczytałam ich bardzo dużo, ale dwie w szczególności są warte polecenia. Pierwsza to w miarę nowa pozycja na rynku „Nomadzi – życie w drodze”, gdzie historię wielu cudownych i inspirujących osób opisuje Zuzanna Bukłaha. Opowieści o ludziach, którzy zdecydowali się żyć inaczej. Nie podążali za z góry ustalonymi ścieżkami, a pozwolili sobie na realizację własnych marzeń i na życie w zgodzie z sercem i na swoich zasadach. Bo kto powiedział, że trzeba iść tą samą drogą co inni. To książka, która pokazuje nam, że warto zaufać intuicji! Druga interesująca pozycja – aczkolwiek zupełnie inna – to książka Alice Hoffman-Gołębiarki. Jest to cudowna opowieść, którą przeczytałam już 3 razy, ale za każdym razem czyta mi się ją równie dobrze. Porywająca historia, ukazująca wewnętrzną siłę kobiet, ich możliwości oraz upór w dążeniu do celu. To powieść osadzona w czasach pogromu Żydów przez Rzymian oraz upadku twierdzy Masada, gdzie z broniących się dziewięciuset Żydów, ocalały tylko dwie kobiety i pięcioro dzieci. I właśnie ich historia ukazana jest na kartach tej poruszającej powieści. Kolejnym ważnym czynnikiem poprawiającym mi humor jest aktywność fizyczna. I tak, jak już pisałam powyżej, kiedy tylko pogoda pozwala staram się ją wykorzystać. Oprócz tego mobilizuję się do codziennej dawki ruchu w zaciszu własnego domu. I tu sprawdzą się joga lub pilates. Obecnie istnieje taka mnogość filmików na You Tube, że jest w czym wybierać. Różne ćwiczenia, poziomy zaawansowania oraz wybór w długości filmików, pozwala na stworzenie własnego programu zajęć. Po dawce wysiłku czujemy się lepiej i przede wszystkim jesteśmy zdrowsi. Jeśli czasem pominę ćwiczenia w jakiś dzień, to staram się zrobić 100 przysiadów (co 20 zmieniam ich rodzaj). Zobaczymy, jaki będzie efekt po miesiącu, bo w dni, kiedy ćwiczę też robię taką samą serię. Zrobiłam sobie pomiary w udach i w biodrach. Trzymajcie kciuki! Chciałabym również napisać, że dla równowagi i jasności umysłu, regularnie medytuję, ale nie byłoby to prawdą. Już od ponad roku staram się to robić, jednak nie do końca mi to wychodzi. Nie jestem w stanie uspokoić rozbieganych myśli. Może macie jakieś wskazówki? Jest jeszcze jedna czynność, która poprawia mi humor – obserwacja i głaskanie naszego kota. Taco zawsze jest niezawodny na odpędzenie smutków. 😊 Jeśli natomiast zdarzy Ci się dzień, że naprawdę czujesz, że nie masz na nic siły ani chęci, to nie obwiniaj się! Weź ciepły koc, usiądź na sofie, podłuż wygodną poduchę pod plecy, nalej sobie kieliszek wina oraz połóż obok czekoladki i włącz sobie dobrą komedię lub ulubiony serial. To powinno Ci pomóc w pozbyciu się chandry i choć na chwilę pozwoli oderwać się od codzienności. Takie chwile też są nam potrzebne 😊! A jakie są wasze sposoby na poprawę nastroju?

    Zobacz wszystko
    Strony (7)
    • Megi w podróży | Posty

      Wszystkie posty Różności Poradnik Kuchnia Lifestyle Brazylia Peru Chile Argentyna Boliwia Indie Kambodża Sri Lanka Tajlandia Indonezja Szukaj Zaloguj/Zarejestruj Megi 19 godzin temu 6 minut(y) czytania Wodospady Iguazu Aktualizacja: kilka sekund temu Po kilku dniach, które przeznaczyliśmy na aklimatyzację i odpoczynek w Paraty, postanowiliśmy udać się w stronę Argentyny, aby zobaczyć (co w języku guarani, który jest odmianą języka indiańskiego można przetłumaczyć jako „wielka woda”). Do przejechania mieliśmy ok. 1320 km. Najpierw udaliśmy się do Sao Paulo, co zajęło nam ok. 6 godzin, a następnie udało się nam znaleźć bezpośredni autobus do Cataratas do Iguaçu Foz do Iguaçu . Podróż trwała 19 godzin. Pozytywnym kursujące spore dużo Dodatkowo Niestety za komfort trzeba płacić. Jeśli dobrze pamiętam zaskoczeniem dla nas były autobusy w prawie całej Ameryce Południowej. Większość z nich, w szczególności na długich trasach jest bardzo wygodna. Siedzenia są i jest naprawdę miejsca na nogi. rozkładają się prawie do pozycji leżącej. Ceny są stosunkowo wysokie w szczególności w Brazylii, Argentynie i Chile. W trakcie podróży, mieliśmy dwa postoje na skorzystanie z toalety i posiłek na dużej stacji benzynowej. toaleta była również w autobusie. naszej podróży na rodziny, kiedy to Patrząc z perspektywy czasu decyzja, żeby udać się do Argentyny, a nie w innym kierunku nie była do końca trafiona. Niestety nasz budżet na cały kilkumiesięczny wyjazd, nie był imponujący. Przez okres 3 miesięcy wydaliśmy w sumie ok. 15 tysięcy złotych (wliczając w to: bilety w obie strony, zadłużenie karty kredytowej ok. 3 tysiące złotych, drobne i większe pożyczki od znajomych i już pod koniec wyjazdu zostaliśmy bez grosza przy duszy). ? jakim dysponowaliśmy ponieważ dosyć oraz to kraje bardziej przystępne cenowo. Porównując ceny produktów w Brazylii do cen w Polsce należy uznać, iż są zbliżone. Natomiast ceny w Argentynie są zdecydowanie wyższe (nie wliczając wina, które jest tanie i dobrej jakości). Dlaczego piszę Wam, że Argentyna była złym pomysłem Otóż, Argentyna i Chile na tak mały budżet, nie są odpowiednią opcją, są drogie. Peru Boliwia zdecydowanie nasz nieco ? K loty to okazało się, że bilety Dlatego też Ze względu na niski budżet Argentynę i Chile potraktowaliśmy po macoszemu i dlatego musimy tam kiedyś wrócić. Naszym marzeniem jest zobaczenie Patagonii oraz trekking pod Aconcaguą. Niestety ze względów finansowych nie mogliśmy sobie na to pozwolić, ponieważ musielibyśmy znacznie skrócić czas naszej podróży. Ale pewnie część z Was zapyta, dlaczego nie zostaliśmy dłużej w Brazylii iedy zaczęłam sprawdzać ewentualne powrotne, najtańsze do Europy były właśnie z Brazylii. od samego początku wiedzieliśmy, że musimy wrócić do Brazylii i zwiedzić ją na samym końcu. to system wodospadów, który leży na styku Brazylii i Argentyny. Granica przebiega przez Diabelską Gardziel ( ), która jest najwyższym punktem wodospadu. Rozciągają się one na wysokości od ok. 60 do 82 m, a w ich skład wchodzi ponad 250 strug. Rzeka Iguaçu w pobliżu wodospadów ma szerokość ok. 4 km i dociera na skraj płaskowyżu, blisko rzeki Parany. Większa część wodospadów znajduje się po stronie argentyńskiej. Cataratas do Iguaçu Garganta del Diablo Widzieliśmy wodospady zarówno w Brazylii, jak i w Argentynie. Nam osobiście bardziej podobały się te brazylijskie, pomimo tego, że to tylko 20% powierzchni całego systemu wodospadów. Po obydwu stronach granicy ruch turystyczny jest silnie rozwinięty i szczerze mówiąc nie ma się co temu dziwić, ponieważ wodospady są naprawdę piękne. Infrastruktura parków jest dobrze rozwinięta. Utworzono kładki, które ciągną się na skraj wodospadów (po stronie brazylijskiej) oraz duży pomost prowadzący do Diabelskiej Gardzieli (po stronie argentyńskiej). rozeznanie, które dotyczyło praktycznej części naszego pobytu. Sprawdziliśmy m.in. oraz jak najtaniej dostać się do następnego miejsca naszej podróży – Buenos Aires. Na czas eksploracji wodospadów zatrzymaliśmy się w Foz do Iguaçu w Brazylii. Pierwszego dnia odpoczywaliśmy po długiej podróży i zrobiliśmy jak najlepiej dostać się nad wodospady zarówno z jednej, jak i z drugiej strony, ile kosztują bilety W związku z tym, że był grudzień i nie było dużo turystów, udało się nam znaleźć hostel, w którym zaproponowano nam pokój, w dobrej cenie tylko dla nas dwojga, chociaż był 4 osobowy. dokładnie nocowaliśmy Niestety nie pamiętam ani miejsca, gdzie , ani ceny, ponieważ całą podróż po Ameryce Południowej, którą opisuję odbyliśmy w 2015 roku. Drugiego dnia pobytu w Foz do Iguaçu pojechaliśmy lokalnym autobusem do Parku Narodowego Iguaçu. Pogoda bardzo się nam udała, a widoki były spektakularne. W cenę biletu wstępu do Parku wliczony jest autobus, który odjeżdża spod głównej bramy. Można nim dotrzeć na brzeg wodospadu, a rozpościerający się widok na Diabelską Gardziel jest przepiękny i zapiera dech w piersiach. Napawaliśmy się dozowaliśmy bramę funkcjonującemu miastu. Postanowiliśmy wysiąść wcześniej, aby móc przespacerować się wzdłuż rzeki. słońcem, widokami wodospadów z oddali i stopniowo sobie piękno tego miejsca. Gdy dotarliśmy na miejsce i przechadzaliśmy się po drewnianych pomostach pod samym wodospadem, mogliśmy schłodzić się w bryzie z rzeki. Piękne, majestatyczne miejsce, pełne różnych zwierząt. Mogę śmiało rzec, że obydwoje w równym stopniu byliśmy pod dużym wrażeniem. Wróciliśmy autobusem pod Parku stwierdziliśmy, że do hostelu pójdziemy na piechotę, aby z bliska przyjrzeć się Na początku spacer biegł wzdłuż Parku i raz na jakiś czas można było zaobserwować tamtejsze zwierzęta. Przy głównej drodze, która wiedzie aż do miasta natknęliśmy się na cudowne, artystyczne miejsce – Emporio com Arte. Kiedy jechaliśmy do Parku dostrzegłam je z autobusu, ponieważ mocno się wyróżniało spośród innych budynków. To małe, urocze bistro, połączone z galerią sztuki użytkowej. Mieści się w starym, błękitnym, drewnianym domku z werandą z białymi okiennicami. Jest bardzo przytulne, pełne koloru, różnych ozdób i bibelotów. Co niezwykle zaskakujące, można tam nawet zakupić stół i krzesła, na których się siedzi. Wszystkie sztućce, talerze i szklanki, z których korzysta restauracja pochodzą z lokalnych produkcji i również są na sprzedaż. Na mnie to miejsce zrobiło naprawdę super wrażenie, oceńcie sami. Postanowiliśmy usiąść na werandzie, kupić małą buteleczkę lokalnego Rislinga i przy deserze cieszyć się słodkiego, naszego aby zaopatrzyć się w coś na Zdecydowaliśmy się na kurczaka z rożna serwowanego pod marketem, który był jedną z tańszych i lepszych opcji. Do niego dokupiliśmy butelkę wina i udaliśmy się do miejsca noclegu, aby celebrować nasz posiłek bogów. 😊 chwilą. Po zaspokojeniu potrzeby na coś zajęliśmy się podziwianiem produktów dostępnych w galerii. I gdyby nie to, że przed nami było kolejne ponad 2 miesiące podróży, to na pewno zakupilibyśmy tam jakieś rzeczy do domu. Po kolejnych, chyba 2 godzinach wróciliśmy do hostelu i wzięliśmy prysznic. Potem udaliśmy się do pobliskiego marketu, obiadokolację. zapowiadano stronie Niestety ten piękny i słoneczny dzień, był tylko oknem pogodowym, bo już w kolejne dni przejściowe opady. Pomimo takiej prognozy, postanowiliśmy na następny dzień udać się nad wodospady po argentyńskiej. Muszę nadmienić, że dzień wcześniej podziwialiśmy wodospady z dołu. Tego dnia mieliśmy w planie zobaczyć je z góry, jak spadają z 82 metrów. Gdy tylko dotarliśmy do Parku Narodowego zaczęło padać. Trasa do przejścia po tej stronie jest zdecydowanie dłuższa. Jej część można pokonać kolejką wąskotorową, która jest wliczona w cenę biletu. Kiedy dotarliśmy do punktu, z którego trzeba już poruszać się na piechotę, rozpadało się jeszcze bardziej. Mimo to pomyśleliśmy, że opady są przejściowe i pójdziemy zmierzyć się z Diabelską Gardzielą. Deszcz zelżał. Ruszyliśmy dalej. Było bardzo ponuro. Unosiła się mgła. Gdy doszliśmy do rzeki zaczęły się pomosty, które prowadziły na samą krawędź wodospadu. Jeśli dobrze pamiętam to mierzą one ok. kilometr długości. Muszę się przyznać, że kiedy rozpoczynaliśmy marsz po tych kładkach, które wcinają się w głąb rzeki miałam pewne obawy. Wyobraźcie sobie dziesiątki turystów poruszających się razem z Wami w głąb rzeki lub wracających na brzeg. Do tego pochłaniającą Was mgłę, zacinający deszcz i huk spadającej wody. Patrzysz w dół pomostu, po którym idziesz i jedyne co widzisz to kłębiącą się, wzburzoną wodę. Pytania w takiej sytuacji namnażają się w głowie same. Co, jeśli pomost się zerwie od naporu wody? Co, jeśli nie utrzyma takiej ilości ludzi? Deszcz padał niesamowitego miejsca przy lepszej pogodzie. Wtedy na pewno zapamiętalibyśmy to znacznie pozytywniej. coraz bardziej, a my przemieszczaliśmy się do przodu. W końcu po emocjonującym spacerze (muszę tu nadmienić, że nie należę do strachliwych osób), dotarliśmy nad samą przepaść i mogliśmy poczuć czarci wyziew. Byliśmy cali mokrzy i zmarznięci, widoczność była ograniczona. Stanęliśmy na samej krawędzi mając świadomość, że woda spada z wysokości ponad 80 metrów! Żałuję, że nie udało się nam zobaczyć tego że wróciliśmy do bram Parku. Potem jeszcze trzeba było dostać się z powrotem do Brazylii. Zaczynało padać coraz mocniej, więc dość szybko zadecydowaliśmy, pora na powrót. Wiedzieliśmy, że droga zajmie nam co najmniej 1,5-2 godzin. Przemoczeni i zziębnięci Z naszego wcześniejszego rozeznania wynikało, że dużo taniej jest kupić bilet do Buenos Aires z Paragwaju niż bezpośrednio z Puerto Iguazú po stronie argentyńskiej. Po południu wróciliśmy do hostelu. Postanowiliśmy, że już nigdzie się nie wybieramy tylko odpoczywamy, a następnego dnia ruszymy w dalszą podróż. Jeśli jesteście ciekawi co nastąpiło później, zapraszam wkrótce! Brazylia • Argentyna 12 wyświetlenia Pozostaw komentarz 1 Megi 4 dni temu 6 minut(y) czytania Wyjazd do Ameryki Południowej - Paraty pierwsze na liście! Zanim udało mi się spełnić marzenie o wyjeździe do Ameryki Południowej, oczywiście podróżowałam, ale były to urlopy stosunkowo krótkie i bardziej zorganizowane. No, ale jak to z marzeniami bywa, wymykają się one spod kontroli. Miała to być wyjątkowa, długa i jedyna tak podróż w naszym życiu… chyba pierwsza z wielu kolejnych 😊. We wcześniejszym wspominałam Wam, jak wyglądała nasza „nie organizacja” wyjazdu. Zważywszy na to, że oprócz biletów lotniczych do Sao Paulo w Brazylii nie mieliśmy żadnych planów ani rezerwacji, mogliśmy improwizować. Co w sumie, wychodzi nam najlepiej. W samolocie poznaliśmy Wojtka, który doradził nam, aby prosto z Sao Paulo pojechać do Paraty. Po wylądowania w Brazylii, Wojtek został na lotnisku, żeby odebrać swoją dziewczynę Sol, która miała przylecieć z Barcelony następnego dnia. Umówiliśmy się, że jak dojadą do Paraty, to się spotkamy. poście Paraty to małe postkolonialne miasteczko, założone przez Portugalczyków. Leży na trasie dawnego Złotego Szlaku, który pozwalał na transport złota, tytoniu i kawy z ziem Brazylii do Lizbony. Zaczynając od początku. Przed wylotem z Polski mieliśmy tylko jeden dzień wolny i masę rzeczy do zrobienia. Musieliśmy spakować nasze plecaki, resztę rzeczy zawieźć do przyjaciół, zaopatrzyć kota w żwirek i jedzenie oraz spotkać się z przyjaciółmi. Teraz jak widzę to z perspektywy czasu, nie było szansy, żeby to dobrze zorganizować, tym bardziej, że większość czasu spędziliśmy na lunchu. Na 30 minut przed wyjściem z domu, pakowałam do plecaków ostatnie drobiazgi. Z Krakowa do Sosnowca pojechaliśmy BlaBlaCarem do przyjaciela mojego męża, gdzie spędziliśmy długi i miły wieczór. Około 4:00 rano zostaliśmy odwiezieni na lotnisko do Pyrzowic, skąd mieliśmy lot do Mediolanu-Bergamo. Po wylądowaniu udaliśmy się na szybkie zwiedzanie miasteczka, które pięknie rozpościera się na wzgórzu. Dopiero w trakcie zwiedzania zorientowałam się, że kolejny lot mamy z innego mediolańskiego lotniska - Malpensa, które jest oddalone o prawie 100 km. Dlatego też postanowiliśmy udać się na dworzec główny w Mediolanie i stamtąd wyruszyć w dalszą drogę na lotnisko. Lot mieliśmy wieczorem, więc zdążyliśmy zjeść lunch i zwiedzić najbliższą okolicę. Z Mediolanu-Malpensa polecieliśmy do Stambułu i tam musieliśmy czekać do rana na kolejny lot, już bezpośredni do Sao Paulo. Teoretycznie linie lotnicze miały zapewnić nam nocleg, ale żeby móc z niego skorzystać, musielibyśmy wykupić wizę, która kosztowała 25 $ od osoby, ponieważ hotel znajdował się poza lotniskiem. Czas oczekiwania na następny lot wynosił około 8 godzin, więc stwierdziliśmy, że nie opłaca się nam zakup wiz i postanowiliśmy poczekać na lotniskowych ławkach. Znaleźliśmy zaciszne miejsce, podłożyliśmy nasze małe plecaki pod głowy i staraliśmy się zasnąć, co wcale nie jest łatwe na tak dużym i głośnym lotnisku. Dotrwaliśmy do godziny 5:00 rano i udaliśmy się na kolejny lot do mojej wymarzonej Ameryki Południowej. Za te wszystkie loty zapłaciliśmy ok. 900 zł od osoby, co uważam za całkiem dobrą cenę (tym bardziej, że loty na trasie Mediolan - Stambuł - Sao Paulo, były lotami powrotnymi - oczywiście z powrotnych biletów nie skorzystaliśmy). I tak po ponad 50 godzinach podróży dotarliśmy na miejsce, ale na tym nie koniec. Jak już wspominałam, zdecydowaliśmy się na dalszą podróż do Paraty. I tu pierwsza logistyczną zagwozdką było opuszczenie lotniska tak, aby odnaleźć terminal autobusowy, z którego moglibyśmy dojechać na dworzec w centrum miasta. Wiem, może się to wydawać śmieszne, ale to było naprawdę olbrzymie lotnisko i nie było żadnych napisów w języku angielskim. No cóż, po ponad godzinnym spacerze przez terminal i próbach dopytania się w języku angielskim, gdzie jest dworzec, poddaliśmy się. I w tym momencie zza zakrętu wyłoniła się para, która leciała z nami w samolocie. Po krótkiej rozmowie, okazało się, że mają zamówioną taksówkę i jeśli tylko dołożymy się do przejazdu, podrzucą nas na dworzec. Czekając na autobus, wypłaciliśmy pieniądze z bankomatu oraz udaliśmy się na szybki posiłek. W Paraty według planu powinniśmy być ok. 2:00 w nocy. Niestety autobus, którym podróżowaliśmy zepsuł się po drodze, a na podstawienie nowego czekaliśmy ok. 2 godzin. Tym sposobem na miejsce dotarliśmy ok. 6:00 rano. Byliśmy ekstremalnie zmęczeni. Zdecydowaliśmy, że weźmiemy pierwsze miejsce do spania, jakie uda się nam znaleźć. Nie wiedzieliśmy czy ktoś nam otworzy o tak wczesnej porze, ale udało nam się znaleźć pokój zaraz obok dworca. Po ponad 60 godzinach w drodze, dotarliśmy do swojej pierwszej destynacji i w końcu mogliśmy odpocząć. Zanim położyliśmy się do czystej pościeli, musieliśmy (i chcieliśmy) wziąć prysznic. Zaraz po nim usłyszeliśmy pukanie do drzwi i pani gospodyni zaprosiła nas na śniadanie. Czekała nas miła niespodzianka. Wybór jedzenia był ogromny, a my strasznie głodni. Po zaspokojeniu naszej kolejnej potrzeby, udaliśmy się do pokoju. Ja, bardzo zadowolona, że w końcu będzie mi dane wyspać się w wygodnym łóżku, usłyszałam pytanie od męża: „To, co idziemy się rozejrzeć po miasteczku?” Chyba możecie sobie wyobrazić moja minę, myślałam, że go zabiję! I zgadnijcie, co się stało po 30 minutach, zwiedzaliśmy już Party… 😊 Miasteczko jest bardzo urokliwe, ale niestety przez pierwsze 2 dni pogoda nam nie sprzyjała, było dość pochmurnie i przez to zdjęcia są dość ponure. Już na miejscu uznaliśmy, że zostaniemy tam przez kilka dni, aby się zaaklimatyzować i odpocząć. Zabudowa Paraty przypomina małe portugalskie miasteczka osadzone przy drogach, wyłożonych kostką brukową… po prostu magia. Szczególnie piękne z samego rana, kiedy nie ma jeszcze turystów, a wszelakie sklepy z pamiątkami są pozamykane. W godzinach porannych duża część Paraty zalewana jest wodą, wygląda to jak powódź, ale jest to celowy zabieg, którego zadaniem jest oczyszczenie ulic miasteczka. Z tego powodu w większości sklepów oraz pensjonatów, często roztacza się delikatny zapach wilgoci, do czego można się szybko przyzwyczaić. Paraty zostało założone w XVII wieku przez Portugalczyków przy brazylijskim wybrzeżu Costa Verde, a stworzone za pomocą rąk afrykańskich niewolników. Jak już wspomniałam, leży na trasie Złotego Szlaku i pełniło funkcje portu. Do dziś można spacerować pozostałościami szlaku, który ciągnie się wzdłuż wybrzeża, ale jest zatopiony w lesie. Miasteczko rozwijało się bardzo prężnie i miało wielu bogatych fundatorów, dzięki czemu obecnie możemy podziwiać dużo pięknych budowli oraz pozostałości portugalskiej twierdzy na wzgórzu górującym nad miastem. Ciekawostką jest fakt, że można zwiedzić trzy kościoły z okresu założenia miasta. Wówczas każdy z nich miał inne przeznaczenie: jeden służył afrykańskim niewolnikom, drugi przeznaczony był dla wyzwolonych mulatów, do trzeciego mieli wstęp tylko biali obywatele miasta. Niestety przez powtarzające i nasilające się ataki piratów Paraty zostało wykluczone ze szlaku, a miasteczko powoli traciło na znaczeniu, popadając w zapomnienie. Może właśnie dzięki temu zabudowa z tego okresu zachowała się w tak dobrym stanie. - Miasteczko jest dość kolorowe, cała zabudowa jest pobielona, ale drzwi i okiennice zostały pomalowane we wszystkie kolory tęczy. I właśnie to na tle brukowanych, kamiennych uliczek stwarza niezapomniany klimat. Całe centrum historyczne zamknięte jest dla ruchu samochodowego, a mieszkańcy używają rowerów z przyczepkami lub bryczek, aby przewozić swoje towary. My spędziliśmy ok. dwóch dni przechadzając się po uliczkach, chłonąc miłą atmosferę tego miejsca. Niestety z tego, co pamiętam ceny są stosunkowo wysokie, zarówno jeśli chodzi o noclegi, jak i o restauracje oraz sklepy z pamiątkami i rękodziełem. Z tego też powodu, znaleźliśmy tańszą opcję noclegową niż na początku. Przenieśliśmy się do posady (małego pensjonatu), którą prowadził przyjaciel Wojtka, Ricardo. Miejsce nazywa się Estalagem Colonial i mieści się w ścisłym centrum. Najlepsze śniadania w całej naszej podróży! Świeżo wyciskane soki, świeże pieczywo, jajka o jakie poprosisz (jajecznica, na miękko, sadzone), drożdżówki, świeże owoce, ser, wędlina, marmolada. Każdy znajdzie coś dla siebie. Plaża w Paraty nie jest zachwycająca. Dlatego też Wojtek zaproponował nam wybór Trindade, który jest oddalony od Paraty ok. 25 km. Aby się tam dostać, skorzystaliśmy z lokalnego i taniego autobusu. Sama droga jest bardzo malownicza, mijaliśmy po drodze plantacje bananowców oraz dżunglę. Trindade to miasteczko stworzone dla turystów. Wzdłuż głównej ulicy usytuowanych jest wiele restauracji oraz sklepów z pamiątkami. Z tego co pamiętam ceny były przystępne, może dlatego, że głównie spotykaliśmy tam rdzennych mieszkańców. Znajdują się tam co najmniej trzy ładne i czyste plaże oraz naturalne, morskie baseny stworzone z układu skał Aby dostać się do basenów, trzeba skorzystać ze ścieżek, które prowadzą przez dżunglę. . Pewnego dnia Wojtek i Sol zaproponowali nam wspólną wyprawę do Cachoeiras. Są to wodospady, do których można dotrzeć lokalnym autobusem do Penha, a następnie pieszo w głąb dżungli. Dzięki temu mogliśmy skorzystać z daru natury, jakim są skalne ślizgawki, które utworzyły się wskutek erozji na rzece. Świetne miejsce na dobrą zabawę. Widoki niezapomniane, choć ze względu na słaby aparat, zdjęcia nie oddają tego klimatu. Spędziliśmy w Paraty i okolicach naprawdę miły czas. Czytałam różne opinie o tym miejscu, nie wszystkie pozytywne. Dla nas było ono zdecydowanie warte naszego czasu. To tam w ogrodzie Ricarda – naszego gospodarza, pierwszy raz karmiłam małpki Sagui i widziałam koliberki które spijały nektar z kwiatów. Jak dla mnie magiczne doświadczenie. , Brazylia 98 wyświetlenia Pozostaw komentarz 4 Megi maj 26 3 minut(y) czytania Pojawiło się marzenie... I co dalej? Aktualizacja: maj 31 O Ameryce Południowej marzyłam naprawdę długo... jeszcze zanim poznałam mojego męża. Próbowałam przekonać wiele osób do tego pomysłu, ale najczęściej słyszałam, że to nie jest najlepszy pomysł i żebym zeszła na ziemię. Dopiero po wielu latach udało mi się zrealizować to marzenie - właśnie razem z R. Pomysł wyjazdu zrodził się w mojej głowie, kiedy zobaczyłam na zdjęciu Machu Picchu w Peru. Zakochałam się bez pamięci i wiedziałam, że kiedyś zobaczę je na własne oczy. I właśnie w taki sposób najczęściej rodzą się moje plany podróżnicze: zdjęcie+opis+impuls=akcja Choć jest to bardzo rozciągnięte w czasie. W przypadku Ameryki Południowej sama realizacja projektu zajęła nam ponad 2 lata, a decyzję o wyjeździe razem, podjęliśmy po dwóch miesiącach naszego związku. Dlaczego w takim razie tak długo? Otóż, stwierdziliśmy, że najpierw weźmiemy ślub, a dopiero potem zrealizujemy nasz plan. . Jak wyglądała organizacja, nie było jej prawie wcale. Przez około pół roku szukałam biletów lotniczych. Nie było ważne w jakim państwie wylądujemy, ale na jakim kontynencie. W końcu udało mi się trafić na tanie bilety. Następnego dnia złożyliśmy wypowiedzenia w pracy, ponieważ nie wiedzieliśmy tak naprawdę na jak długo jedziemy (i tu miła niespodzianka - pracodawca zaproponował nam powrót do pracy po naszej podróży). Wynajmowane mieszkanie podnajęliśmy znajomej razem z naszym kotem w pakiecie... i w drogę! Odkąd kupiłam bilety, zaczęłam czytać przewodniki o krajach Ameryki Południowej i jak się potem okazało straciłam na to masę czasu. A czy było to przydatne? Nie bardzo. Miałam ze sobą kilka notatek co warto zobaczyć, ale niestety zanotowałam kraje, do których jeszcze nie trafiliśmy, bądź wybraliśmy inne kierunki podróży Teraz już wiem, że powinnam skupić się na przeglądaniu stron internetowych i blogów, zacząć od tego co warto zobaczyć, a nie czytać przewodniki wraz z opisem geopolityki. . Jak mniej więcej wyglądał nasz plan? Mieliśmy kilka wpisów w notesie z miejscami, które musimy zobaczyć - jak moje ukochane Machu Picchu - oraz bilety, a cała reszta naszej podróży to był wielki freestyle. Spakowaliśmy dwa plecaki - 40 i 60 litrów - staraliśmy się w nich zmieścić rzeczy na kilka miesięcy, których jak się potem okazało było zdecydowanie za dużo! Nie wiedzieliśmy, gdzie się zatrzymamy, nie zabukowaliśmy żadnych noclegów. Jedyne to, co było pewne to przylot do Sao Paulo w Brazylii. Pomyśleliśmy, że jakoś to będzie, no i było, ale to już inna historia. I prawie każdy nasz wyjazd wygląda bardzo podobnie. Wiemy mniej więcej, jaki rejon świata nas interesuje i szukamy tanich biletów. Jak już określimy miejsce, gdzie dokładnie lecimy to wtedy planuję, jaki kraj i jakie atrakcje warto wpisać na listę. Nauczyłam się już, że nie mogę bardzo przywiązywać się do mojego planu, ponieważ w trakcie podróżowania zazwyczaj coś niespodziewanego się nam przytrafia (jak chociażby w trakcie naszego ostatniego wyjazdu do Maroka – dopadła nas choroba i musieliśmy zrezygnować z wielu punktów na naszej liście). Dlatego często planujemy coś na bieżąco, dzień lub kilka dni wcześniej, bo usłyszymy od kogoś, że coś jest warte zobaczenia. Niestety nie zawsze pokrywa się to z naszymi wyobrażeniami, jak choćby Railay Beach w Tajlandii - nasze duże rozczarowanie. W Ameryce Południowej mieliśmy ze sobą namiot, który może pozwolić Wam zaoszczędzić pieniądze ale również, jak w naszym przypadku uratować skórę, podczas podróży autostopem. Dzięki niemu nie musieliśmy spać pod gołym niebem czy w krzakach (to znaczy spaliśmy w krzakach 😉 jak na naczepie ciężarówki, ale za to w namiocie). Niestety podróżując stopem nigdy nie wiadomo, dokąd trafisz i czasami namiot to jedyna słuszna opcja. , Najczęściej jednak - z racji wygodnictwa - korzystamy z hoteli, hosteli i guest housów, wyszukując miejsc noclegowych na różnych platformach internetowych. Nie będę Was oszukiwać, większość naszych podróży jest bardzo budżetowa. Staramy się zawsze znaleźć coś fajnego, a przede wszystkim czystego w niskiej cenie. Tylko czasami pozwalamy sobie na przyjemniejsze i trochę droższe noclegi, jak np. w Kuala Lumpur z dostępem do basenu na dachu budynku . Powód naszej oszczędności jest prosty. Wolimy wydać te pieniądze na dobre jedzenie lub dodatkowe atrakcje. W pokoju i tak tylko śpimy (najważniejsze jest to by było czysto!). Wiem, że moglibyśmy korzystać z np. couchsurfingu, wtedy oszczędność byłaby duża, moglibyśmy poznać lepiej ludzi z danego państwa, ale za bardzo cenimy sobie spokój i niezależność. Podróżowanie w takiej formie wymaga dużego zaangażowania emocjonalnego. Po całym dniu zwiedzania często w hałasie, w pełnym słońcu, chcemy tylko wziąć prysznic, ewentualnie wypić piwko i iść spać. Aczkolwiek każda forma podróżowania jest dobra, byleby iść do przodu i spełniać swoje marzenia! Różności 142 wyświetlenia Pozostaw komentarz 13 1 2

    • Post | Blog

      Wszystkie posty Różności Poradnik Kuchnia Lifestyle Brazylia Peru Chile Argentyna Boliwia Indie Kambodża Sri Lanka Tajlandia Indonezja Szukaj Nie mogliśmy odnaleźć tej strony Sprawdź inne wspaniałe posty na tym blogu. Zobacz więcej wisów

    • Kontakt | Blog

      Megi w podróży w poszukiwaniu swojego miejsca Napisz do mnie wiadomość Imię Nazwisko Adres e-mail Telefon Dziękuję za wiadomość! Prześlij

    Zobacz wszystko

MAPA BLOGA

NEWSLETTER

Zapisz się i bądź na bieżąco z treścią

Wszystkie opublikowane treści na niniejszym blogu są chronione prawem autorskim. Autorka serwisu "Megi w podróży - w poszukiwaniu swojego miejsca" zastrzega, że materiały fotograficzne oraz elementy graficzne umieszczone w tym serwisie są własnością Magdy Sas-Włoszczowskiej. Kopiowanie, zwielokrotnianie i wykorzystywanie ich do jakichkolwiek celów bez wiedzy i zgody autorki jest zabronione, stanowi naruszenie prawa i może być podstawą do wkroczenia na drogę sądową. Jeśli chcesz użyć zdjęć lub tekstów, skontaktuj się ze mną pod adresem : megipodrozuje@gmail.com 

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now